wtorek, 16 lipca 2013

Kilka słów na wstępie

Chciałam powitać wszystkich na moim nowym blogu. Miałam ich niezliczone ilości w życiu - przy każdym mówię sobie, że tego będę prowadzić naprawdę długo. Mam nadzieję, że z tym będzie inaczej i uda mi się wytrwać - we wrześniu wyjeżdżam do Anglii na 10 miesięcy, więc dobrze byłoby mieć miejsce do zapisywania swoich wspomnień.


Skąd pomysł wyjazdu za granicę? Rodzice namawiali mnie od dawna, ale zawsze byłam przeciwna - nie ciągnęło mnie do "wielkiego świata", wolałam siedzieć w Łodzi, moim rodzinnym mieście, gdzie chodzę do szkoły, mam przyjaciół, konia. Ok. 3 tygodni przed zakończeniem roku szkolnego (skończyłam I klasę LO) moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie, że przyjęli ją do Wolverhampton Girls' School. Naszła mnie myśl: czemu nie? Przygoda. Załatwiałam papiery na wariata do Boston College - nie wymagali tam FCE, CAE ani innych egzaminów, jedynie musiałam napisać test, esej, krótką wypowiedź pisemną i załatwić formalności. Skutek? 27 zawożą mnie rodzice, gdzie spędzę najbliższy rok szkolny. Będę miała roczny poślizg w porównaniu z moimi rówieśnikami, ale zobaczę inny świat, nabiorę trochę odwagi, pewności siebie i samodzielności. 

Coś, czego mi bardzo szkoda, jest oczywiście rozłąka z koniem. Jestem z Orlikiem bardzo zżyta - jesteśmy razem już 5,5 roku. Zrobiliśmy gigantyczne postępy, o jakie bym nas nigdy nie podejrzewała, a mamy możliwości na więcej. Niestety, latka lecą, będzie coraz trudniej. Orlik ma 15 lat, jak wrócę będzie miał ok. 16, a im później, tym trudniej uczyć konia nowych rzeczy. Ale trochę wytrwałości, cierpliwości i wyczucia - damy radę! Jeszcze wierzę, że zdam na nim brąz i III licencję.



Pytanie, które się nasuwa, to kto będzie zajmował się Orlikiem przez okres najbliższych dziesięciu miesięcy. Znajoma szukała konia do dzierżawy, zapytałam - aktualna sprawa. Przyjechała do stajni, obejrzała, pojeździła. Dla mnie idealnie - jestem pewna, że będzie poświęcała mu dużo uwagi, na pewno nie zrobi mu krzywdy, a w dodatku go nie zepsuje. Lepiej nie mogłam trafić. Niestety, od połowy sierpnia musimy opuścić aktualną stajnię "Olimpię" na rzecz stajni "Equestro", gdzie Julka będzie miała łatwiejszy dojazd. Co do powrotu - zobaczymy, jak to będzie. Wątpię, żeby akurat było miejsce, ale trzeba być dobrej myśli.

Tak bardzo marzę o tym, żeby jeździć WKKW. Wiem, że Ilizat by mnie w tym wspierał, ale do tego trzeba mieć dużo czasu, prawo jazdy, kasę i konia. I warunki. Niełatwa sprawa. W dodatku można już przekreślić jakiekolwiek starty jako juniorka, bo zanim wrócę skończę osiemnastkę, a wtedy się zobaczy. Tak bardo bym chciała! Narina się do tego nadaje, ale jest troszkę za mała, chciałabym dużego konia na zwyczajne konkursy. Kiedyś spełnię swoje marzenia! Wierzę w to. Będę czytać tę notkę z rozbawieniem na twarzy, wspominając, jak bardzo tego chciałam. Tak samo kiedyś mówiłam o skokowych zawodach towarzyskich.




Dzisiejsza jazda udana, Orlik chodził bardzo miło, przejścia w ustawieniu - coraz lepiej nam to wychodzi. Co prawda kiedy zaczynają się skoki większość roboty ujeżdżeniowej odchodzi w kąt, ale wciąż nad tym pracujemy. Ilizat przypominał mi o przejściach, impulsie i pilnowaniu głowy. Trochę pojeździłam bez strzemion, sporo galopu, ale unikałam ciasnych wolt, bo na placu jest dużo błota. Skakaliśmy najpierw pojedynczą stacjonatę, potem zrobiliśmy z tego szereg okser-stacjonata na jedną fulę, a na końcu linia - stacjonata, 7 fouli, szereg. Orlik bardzo ładnie skakał. Z siebie też jestem zadowolona - nie siedziałam jak worek i kiedy czułam, że koń mi gaśnie, pospieszałam go łydką lub bacikiem, żeby uniknąć żabich skoków. Oczywiście, nie obyło się bez piątych nóg, ale i tak dobrze. Muszę tylko pilnować swoich okrągłych pleców w skoku! Skakaliśmy malutkie przeszkódki, bo a) pierwszy raz od kilku tygodni oderwaliśmy się od ziemi (nie licząc mojej samowolki sprzed kilku dni), b) pogoda utrudniała najazdy na przeszkody inne niż z linii. 


W drodze powrotnej zabrała się z nami Zuzka od Ateny. Kiedy wysadziliśmy
Karolinę poczułam, że wyskakują mi plamy przed oczami. Na początku nie mogłam uwierzyć i myślałam, że coś mi się przywidziało - często tak jest, jak ktoś spojrzy bezpośrednie na żarówkę lub w kierunku Słońca. Niestety, próbowałam czytać - nic z tego. Migrena wisiała w powietrzu. Zaczęłam panikować, mama podrzuciła mi silny środek przeciwbólowy, a ja próbowałam zasnąć. Skończyło się jak zwykle. Przynajmniej pojadłam borówek, niestety, kosztem naleśników z Manekina, na które wybierałam się z Karo i z Kasią. 




Jutro przyjeżdża Goofy z Kutna. Od razu jedziemy z Gruszką do stajni, potem wracamy i na miasto! Może wreszcie uda mi się zapoznać Monikę z Justyną czy z Patką. Wieczorem wróci pociągiem do siebie, a ja wbiłam do Patrycji na MPJ. Dziewczyny od dawna wyrzucają mi, że nie mam czasu i chęci się z nimi spotykać, dlatego jutro będziemy to zmieniać. Pojutrze na zakupy (wypatrzyłam kilka ciuszków i trzeba rozejrzeć się za kostiumem kąpielowym), w piątek do babci, a w sobotę z Gruchą na Kos. Pierwszy samodzielny wyjazd za granicę z moją wybitnie odpowiedzialną, osiemnastoletnią opiekunką. Będziemy się wysypiać, opalać, pozwalać stawiać sobie drinki i oglądać seriale. Czy można chcieć czegoś więcej? 











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz