piątek, 19 lipca 2013

Dzień przed wylotem




Dzisiaj rano pojechałam do stajni wyjątkowo bez Karoliny - miałam jechać prosto do babci, a nie miałby jej kto odebrać o tej godzinie. Przyjechałam akurat w momencie, kiedy konie miały iść na padok. Uznałam, że jest tak gorąco, że nie będę męczyć ani siebie, ani Orlika, więc pojadę w teren, Mam za małą kieszeń bryczesów na telefon, więc wpadłam na genialny pomysł, żeby go włożyć za gumkę spodni. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. 





Bardzo udany teren, rzadko się takie zdarzają. Był relaks w stępie, kondycja w kłusie, cwał na leśnych ścieżkach. Była wyjątkowo luźna atmosfera - bez pośpiechu, z puszczoną muzyką. Orlik w kłusie sam zaokrąglał grzbiet, obniżał szyję - cały teren jechałam na luźnych wodzach, nawet bez kontaktu! Jeździłam pod górkę i z górki, podziwiałam śliczny las, przejeżdżałam przez kałuże, myliłam drogę - standard. Naprawdę bardzo mi się podobało - ledwo kontrolowałam czas, ale udało mi się wyrobić w godzinę. 

Prosto z Sobienia pojechałam do Daszyny, do mojej babci,
w drodze pisząc
z Olą i śpiewając do wakacyjnych piosenek. Na miejscu była moja ukochana kuzia, z którą nie będę miała wiele okazji do pogadania bez wyjazdem, bo mieszka w Warszawie. Rzadko się widujemy, nad czym bardzo ubolewam. Streściłam jej dzisiaj historię życia kilku osób, tak w formie anegdotki, co może nie miało większego sensu, ale i tak uważam, że na pewno ją to baaardzo interesowało. Byłyśmy w sklepie, knując intrygi jak zrobić zakupy tak, żeby nie było żadnego faux pas (w Daszynie są tylko dwa sklepy). Zaraziła mnie serialem, którym Zux męczyła wszystkich dookoła w roku szkolnym - Suits. Trzeba przyznać, że dobry! Harvey ma coś w sobie, ale za to Mike jest tak uroczy i rozkoszny, że zaklepuję właśnie jego. Mam teraz wielki przedwyjazdowy dylemat - oglądać Suits, na których mam ochotę, czy 90210, który odpowiednio mnie nastroi przed Grecją? Życie jest jednak ciężkie.

czwartek, 18 lipca 2013

Żar z nieba

Wczoraj zaczęłam dzień bardzo wcześnie. Goofy miała przyjechać do Łodzi o 10 - tak się złożyło, że na Kaliskim czekała przed 9! Zjadłyśmy śniadanko, poszłyśmy z psem, a potem po Gruchę i do stajni. Orlik chodził bardzo, bardzo przyjemnie! Kreśliliśmy sobie różne figurki. Monisia nie mogła się nadziwić temu, że Grusz jeździ (i nawet skacze!) na kantarze. Dostąpiła zaszczytu pojeżdżenia na Osiołku. Oto ona:



Szybki ogar i do Manufaktury. Oczywiście musiałam zapomnieć telefonu, great. Cel nr 1: świderki. Dalej ukochana Bubble Tea, gdzie zaczęła się nasza seria słitek z Instagrama. Dalej cyberg(r)aj. Nie przyznam się, jaki był wynik, bo mi wstyd, forma spada. Pierwszy raz ktoś mnie ograł. I to trzykrotnie! Zawsze powtarzałam, że głupi ma szczęście. Co dalej? Oczywiście jedzenie, więc McDonald's. Kolejna porcja samostrzałów. Niedługo potem musiała jechać, odprowadziłam ją do Kakadu i wróciłam do domu. Odebrałam telefon i poszłam do Justyny, gdzie były już Julia z Natalią. Miałyśmy przesłodkie winko i Somersby, więc popołudnie bardzo mile spędzone! Wróciłam do siebie późno, żeby rano móc jechać do stajni.






Jeszcze kilka z Insta Goofy'ego:




Rano pojechałyśmy z Karo do stajni. Ona nie wsiadała, miała tylko lonżować, ale szybko się poddała - ilość much uniemożliwiała jakąkolwiek pracę z ziemi. Ja jeździłam z Ilizatem - całkiem dobrze chodził, choć nie tak, jak dzień wcześniej. Skoki zaczęły się bardzo dobrze - niemiecka stacjonata kilka razy z kłusa i z galopu. Potem Ilizat ustawił nad rowem małego krzyżaczka, którego pokonaliśmy nieźle. Później linia na 6 foule - stacjonata z białą podmurówką do rowu, ale nieco podniesionego (nieuchwycone). Wiedziałam, że może być ciekawie, bo przy ustawianiu światło tak odbijało się od podmurówki, że prawie oślepiało - Orlika również. Przez to mieliśmy 2 stopki - w dużej części z mojej winy, bo zamiast zdecydowanie docisnąć poddałam się hamowaniu i puściłam kontakt. Ilizat kazał nam skoczyć dwa razy z kłusa - od razu dobrze. Potem cały parkur: linia murek do rowu, potem okser po przekątnej i linia 7 foule zakończona szeregiem na jedną fulkę. Wszystko było super oprócz oksera - chwilę przed wyskokiem Orlik zaczął trochę spływać w lewo, a mnie brakło decyzji i wyszło z daleka, ale Osiołek dał radę!



Zeszłam zadowolona, ale wykończona. Był potworny upał, nie dało się wytrzymać w takim skwarze. Karo robiła zdjęcia Kasi na Beludze, posprzątałyśmy po sobie, zagadałam się z Olgą (dokładnie od roku pracuje w Dubaju) - opowiadała mi, jak to za granicą jest inny standard życia, jak szybko mi zleci, że mam się nie bać. Mam nadzieję, że będzie tak, jak mi mówiła, bo w nocy złapał mnie mały dół - jak to będzie? Może źle zrobiłam i będę bardzo żałować? Puściłyśmy Atenę i nasze lamy na padok, po czym wróciłyśmy do domu. Szybki prysznic i pojechałam z mamą na większe zakupy do Portu, jeszcze przed wyjazdem do Grecji. Wróciłam padnięta, spędziłyśmy kilka godzin bez przerwy na chodzeniu po sklepach. Ale same zakupy Czeka mnie naprawdę długa droga.

Po zakupach podjechałam do Patrycji po paczkę z ciuchami zamówionymi przez internet. Jak wróciłam do domu to momentalnie usnęłam, ale przyszła Justyna odebrać swoje sandałki (czarno-złote, as always). Byłam w szoku - dawała sobie pokazywać teledyski i zaczęłyśmy oglądać "Teda", którego bardzo chwaliła. Trochę pobawiłam się z jej konta. Niestety, był rewanż. Nawet nie wstawię screena, bo to niesmaczne! Jutro raniutko do Orlisia i prosto stamtąd do babci. Jeśli zdążę to jeszcze pojadę na działkę do Kasi, ale wątpię, żebym wróciła wystarczająco wcześnie. W sobotę o 13 wyjazd do Warszawki! Can't wait!





Zdjęcia z jazd są autorstwa Karoliny Gruszczyńskiej!

wtorek, 16 lipca 2013

Kilka słów na wstępie

Chciałam powitać wszystkich na moim nowym blogu. Miałam ich niezliczone ilości w życiu - przy każdym mówię sobie, że tego będę prowadzić naprawdę długo. Mam nadzieję, że z tym będzie inaczej i uda mi się wytrwać - we wrześniu wyjeżdżam do Anglii na 10 miesięcy, więc dobrze byłoby mieć miejsce do zapisywania swoich wspomnień.


Skąd pomysł wyjazdu za granicę? Rodzice namawiali mnie od dawna, ale zawsze byłam przeciwna - nie ciągnęło mnie do "wielkiego świata", wolałam siedzieć w Łodzi, moim rodzinnym mieście, gdzie chodzę do szkoły, mam przyjaciół, konia. Ok. 3 tygodni przed zakończeniem roku szkolnego (skończyłam I klasę LO) moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie, że przyjęli ją do Wolverhampton Girls' School. Naszła mnie myśl: czemu nie? Przygoda. Załatwiałam papiery na wariata do Boston College - nie wymagali tam FCE, CAE ani innych egzaminów, jedynie musiałam napisać test, esej, krótką wypowiedź pisemną i załatwić formalności. Skutek? 27 zawożą mnie rodzice, gdzie spędzę najbliższy rok szkolny. Będę miała roczny poślizg w porównaniu z moimi rówieśnikami, ale zobaczę inny świat, nabiorę trochę odwagi, pewności siebie i samodzielności. 

Coś, czego mi bardzo szkoda, jest oczywiście rozłąka z koniem. Jestem z Orlikiem bardzo zżyta - jesteśmy razem już 5,5 roku. Zrobiliśmy gigantyczne postępy, o jakie bym nas nigdy nie podejrzewała, a mamy możliwości na więcej. Niestety, latka lecą, będzie coraz trudniej. Orlik ma 15 lat, jak wrócę będzie miał ok. 16, a im później, tym trudniej uczyć konia nowych rzeczy. Ale trochę wytrwałości, cierpliwości i wyczucia - damy radę! Jeszcze wierzę, że zdam na nim brąz i III licencję.



Pytanie, które się nasuwa, to kto będzie zajmował się Orlikiem przez okres najbliższych dziesięciu miesięcy. Znajoma szukała konia do dzierżawy, zapytałam - aktualna sprawa. Przyjechała do stajni, obejrzała, pojeździła. Dla mnie idealnie - jestem pewna, że będzie poświęcała mu dużo uwagi, na pewno nie zrobi mu krzywdy, a w dodatku go nie zepsuje. Lepiej nie mogłam trafić. Niestety, od połowy sierpnia musimy opuścić aktualną stajnię "Olimpię" na rzecz stajni "Equestro", gdzie Julka będzie miała łatwiejszy dojazd. Co do powrotu - zobaczymy, jak to będzie. Wątpię, żeby akurat było miejsce, ale trzeba być dobrej myśli.

Tak bardzo marzę o tym, żeby jeździć WKKW. Wiem, że Ilizat by mnie w tym wspierał, ale do tego trzeba mieć dużo czasu, prawo jazdy, kasę i konia. I warunki. Niełatwa sprawa. W dodatku można już przekreślić jakiekolwiek starty jako juniorka, bo zanim wrócę skończę osiemnastkę, a wtedy się zobaczy. Tak bardo bym chciała! Narina się do tego nadaje, ale jest troszkę za mała, chciałabym dużego konia na zwyczajne konkursy. Kiedyś spełnię swoje marzenia! Wierzę w to. Będę czytać tę notkę z rozbawieniem na twarzy, wspominając, jak bardzo tego chciałam. Tak samo kiedyś mówiłam o skokowych zawodach towarzyskich.




Dzisiejsza jazda udana, Orlik chodził bardzo miło, przejścia w ustawieniu - coraz lepiej nam to wychodzi. Co prawda kiedy zaczynają się skoki większość roboty ujeżdżeniowej odchodzi w kąt, ale wciąż nad tym pracujemy. Ilizat przypominał mi o przejściach, impulsie i pilnowaniu głowy. Trochę pojeździłam bez strzemion, sporo galopu, ale unikałam ciasnych wolt, bo na placu jest dużo błota. Skakaliśmy najpierw pojedynczą stacjonatę, potem zrobiliśmy z tego szereg okser-stacjonata na jedną fulę, a na końcu linia - stacjonata, 7 fouli, szereg. Orlik bardzo ładnie skakał. Z siebie też jestem zadowolona - nie siedziałam jak worek i kiedy czułam, że koń mi gaśnie, pospieszałam go łydką lub bacikiem, żeby uniknąć żabich skoków. Oczywiście, nie obyło się bez piątych nóg, ale i tak dobrze. Muszę tylko pilnować swoich okrągłych pleców w skoku! Skakaliśmy malutkie przeszkódki, bo a) pierwszy raz od kilku tygodni oderwaliśmy się od ziemi (nie licząc mojej samowolki sprzed kilku dni), b) pogoda utrudniała najazdy na przeszkody inne niż z linii. 


W drodze powrotnej zabrała się z nami Zuzka od Ateny. Kiedy wysadziliśmy
Karolinę poczułam, że wyskakują mi plamy przed oczami. Na początku nie mogłam uwierzyć i myślałam, że coś mi się przywidziało - często tak jest, jak ktoś spojrzy bezpośrednie na żarówkę lub w kierunku Słońca. Niestety, próbowałam czytać - nic z tego. Migrena wisiała w powietrzu. Zaczęłam panikować, mama podrzuciła mi silny środek przeciwbólowy, a ja próbowałam zasnąć. Skończyło się jak zwykle. Przynajmniej pojadłam borówek, niestety, kosztem naleśników z Manekina, na które wybierałam się z Karo i z Kasią. 




Jutro przyjeżdża Goofy z Kutna. Od razu jedziemy z Gruszką do stajni, potem wracamy i na miasto! Może wreszcie uda mi się zapoznać Monikę z Justyną czy z Patką. Wieczorem wróci pociągiem do siebie, a ja wbiłam do Patrycji na MPJ. Dziewczyny od dawna wyrzucają mi, że nie mam czasu i chęci się z nimi spotykać, dlatego jutro będziemy to zmieniać. Pojutrze na zakupy (wypatrzyłam kilka ciuszków i trzeba rozejrzeć się za kostiumem kąpielowym), w piątek do babci, a w sobotę z Gruchą na Kos. Pierwszy samodzielny wyjazd za granicę z moją wybitnie odpowiedzialną, osiemnastoletnią opiekunką. Będziemy się wysypiać, opalać, pozwalać stawiać sobie drinki i oglądać seriale. Czy można chcieć czegoś więcej?